Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura angielska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura angielska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 grudnia 2016

O czym szumią wierzby - Kenneth Graham

Nigdy nie lubiłam zwierzaków przebranych za ludzi. Może dlatego nie starałam się zbyt gorliwie nadrobić zaległości z angielskiego klasyka, który ominął mnie w dzieciństwie. Planowałam sięgnąć po książkę dopiero wtedy, kiedy dorosną do niej moje dzieci. Skusiło mnie jednak najnowsze wznowienie z ilustracjami Ingi Moore, opublikowane przez wydawnictwo Zysk i Ska.


Trzeba przyznać, że "O czym szumią wierzby" ma szczęście do doskonałych ilustratorów. Chociaż pierwsze wydanie z 1908 r. ukazało się bez obrazków, to kolejne okraszone były dziełami naprawdę znakomitych twórców.

Pierwsze wydanie z 1908 - bez ilustracji, ale z piękną grafiką Grahama Robertsona na okładce.

Wśród ilustratorów byli m.in.: Paul Bransom w 1913 r., w dwadzieścia lat później E.H. Shepherd (tak, ten od jedynego słusznego Kubusia Puchatka; podobno jego ilustracje zyskały przed publikacją aprobatę autora), w 1940 r. Arthur Rackham (stworzył też piękne ilustracje do Alicji w Krainie Czarów), w 1966 r. Tasha Tudor (ciekawa postać, kobieta, która postanowiła... żyć w przeszłości), Michael Hague w 1980 r., Inga Moore w 1996 r., Scott McKowen w 2005 (autor ciekawych i nietypowych ilustracji do wielu literackich klasyków), Robert Ingpen w 2007 r.

Ilustracja autorstwa Paula Bransoma.
Okładka z ilustracją Ernesta H. Sheparda.
Ilustracja Arthura Rackhama.

Okładka z ilustracją Tashy Tudor.

Okładka wydania ilustrowanego przez Michaela Hague.





Okładka wydania z ilustracjami Roberta Ingpena.
Okładka z ilustracją Scotta McKowena.
Okładka z ilustracją Patricka Bensona.

Przeglądając te obrazki zamarzyłam o wydaniu kolekcjonerskim, zawierającym ilustracje różnych twórców. Zresztą niejedno dzieło zasługiwałoby na taką wersję, choć ze względów komercyjnych pewnie nie ma na to szans na polskim rynku. Jeśli więc musicie zdecydować się na wydanie ilustrowane przez jednego artystę, gorąco polecam to zilustrowane przez Ingę Moore - niektóre obrazy po prostu zapierają dech w piersiach.


W dodatku wydawnictwo stanęło na wysokości zadania i stworzyło piękną oprawę książki, okładka (z obwolutą), gruby papier, ładny font i layout, wszystko o sprawia, że książkę po prostu z przyjemnością trzyma się w ręku - nawet jeszcze zanim zacznie się czytać.



Chociaż do antropomorficznych zwierząt, żyjących w świecie, jaki znamy, podchodzę nadal bardzo sceptycznie, zachwyciłam się powieścią Grahama. Jest do szpiku kości (hmm... do szycia grzbietu?) angielska, z wycieczkami łodzią po rzece, herbatkami przy kominku, spacerami gościńcem, polami, opłotkami i malowniczymi miasteczkami oraz z bogatym dworem Ropucha. Zwracałam ogromną uwagę na te sielskie, ciepłe obrazki - może dlatego, że czytałam książkę pod choinką - i zachwycałam się opisami puszczy. Nie obawiajcie się jednak, książka nie stała się sławna tylko dzięki przemiłej atmosferze i opisom przyrody - jest tu przecież solidna porcja akcji, której dzieci nie potrafią oprzeć się od stu lat z hakiem.

Wszytko rozpoczyna się pewnego wiosennego dnia, kiedy Kret - zmęczony i znudzony wiosennymi porządkami - opuszcza swój dom i wyrusza naprzeciw nowego, pełnego przygód życia - chociaż nie ma o tym jeszcze pojęcia.



Zachwycony pięknem Rzeki, ujrzanej po raz pierwszy w życiu, przyjmuje zaproszenie na wyprawę łodzią od sympatycznego Szczura Wodnego. Zanim się obejrzy, okazuje się, że na dobre porzuca swój ciasny, ciemny domek. Przenosi się nad rzekę do domu Szczurka, poznaje jego kompana, bogatego i szalonego Ropucha, który nie potrafi oprzeć się żadnej pokusie, a także statecznego odludka Borsuka, mieszkańca groźnej puszczy. W takiej puszczy łatwo się zgubić, z czego kret, zwierzak, który dotąd niewiele wyłaził spod ziemi, nie zdaje sobie sprawy... W dodatku problemów przysparza Ropuch, opętany nową samochodową manią, która zaprowadzi go trzy razy do szpitala a raz - do więzienia.


Nie sposób nie wspomnieć tu o ciekawej historii powstania powieści. Kenneth Graham, osierocony w dzieciństwie przez matkę, został wraz z trójką rodzeństwa oddany na wychowanie babce, mieszkającej w Berkshire. Mimo półsieroctwa i odrzucenia przez nadużywającego alkoholu ojca, dzieciństwo Grahamów było szczęśliwe, wręcz idylliczne, a odbywane pod opieką wuja wycieczki łódką po rzece znalazły - być może - odzwierciedlenie w "O czym szumią wierzby". Dorosły Graham wydał m.in. dwa tomy opowieści, doskonale przyjętych przez krytykę: The Golden Age i Dream Days, po czym przez 10 lat nie napisał nic więcej. W tym czasie urodził się jego jedyny syn, Alastair. Chłopak, zwany Myszą, urodził się niewidomy na jedno oko i cierpiał na liczne choroby w trakcie swojego krótkiego życia. Dwa dni przed swoimi 20. urodzinami popełnił samobójstwo. Powieść "O czym szumią wierzby" powstała na podstawie bajek, które Kenneth Graham wymyślał dla syna. Kilkoro wydawców odrzuciło przesłany tekst, ale kiedy wreszcie udało się go wydać, natychmiast zyskał popularność wśród młodych (i nie tylko) odbiorców. Do wielbicieli powieści należeli m.in. Krzyś, przyjaciel Kubusia Puchatka, czyli Christopher Robin Milne, a także jego matka i ojciec A.A. Milne, który zresztą przeniósł część książki na scenę teatru, a także prezydent Teodor Roosevelt.

W 1958 r. książka otrzymała w Ameryce nagrodę im. Lewisa Carolla. Wielokrotnie przenoszona była na scenę (m.in jako sztuka A.A. Milnego "Toad of the Toad Hall") i na ekrany. Najbardziej znaną ekranizacją jest serial animowany (kukiełkowy) BBC z lat 1984-1990, z jednej strony chwalony, z drugiej  - przez wiele dzieci uznawany za upiorny. W Polsce wyświetlano go jako dobranockę, ale został zdjęty z anteny na skutek protestów rodziców (za Wikipedią).

W Polsce "O czym szumią wierzby" opublikowano po raz pierwszy w 1938 r., w pięknym przekładzie Marii Godlewskiej. W latach 90. powieść doczekała się dalszego ciągu, brytyjski pisarz William Horwood napisał cztery sequele, z których trzy wydano także w Polsce (Zima pośród wierzb / The Willows in Winter;  Tryumf Ropucha / Toad Triumphant;Nad rzeką i tam dalej / The Willows and Beyond; The Willows at Christmas).

Kenneth Graham, O czym szumią wierzby, tłum. Maria Godlewska, il. Inga Moore, Zysk i ska 2016.

środa, 3 sierpnia 2016

Złote szkolne czasy - Angela Brazil

Angela Brazil tworzyła na początku XX w., była jedną z prekursorek nowoczesnej powieści pensjonarskiej, która miała bardziej bawić, niż uczyć. Jej bohaterkami były aktywne dziewczęta, o szerokich zainteresowaniach i niezależnych umysłach. Nic dziwnego, że  przez wielu były krytykowane, a dyrektorki niektórych szkół posuwały się do zakazywania lektury lub wręcz jej palenia... Jako pierwsza pisała powieści z punktu widzenia wychowanek. (It is a mistake ever to grow up! I am still an absolute schoolgirl in my sympathies - pisała w swoich wspomnieniach*). Brazil napisała 50 powieści, akcja większości rozgrywała się w szkołach dla dziewcząt. W przeciwieństwie do innych autorek tego gatunku (Enid Blyton, Elinor Brent-Dyer, Dorita Fairlie Bruce, Elsie Oxenham) nie pisała serii, każda z jej książek to zamknięta całość. Pisarka pozostała popularna aż do lat 60., a motywy jej powieści były tak często naśladowane, że w końcu zmieniły się w utarte klisze.


W Polsce była czytywana w latach 30. XX w. Ukazały się wtedy tłumaczenia trzech powieści: Złote szkolne czasy (1935), Najmilsze dziewczątko (1918) i Przyjaciółki (1938 i 1947). Dopiero w latach 90. doczekały się pierwszych ( i ostatnich zarazem) powojennych wznowień, nakładem wydawnictwa Graf.


Książka Jean's golden term została wydana przez Grafa pod dwoma tytułami - w 1991 jako Złote szkolne czasy, a w 1993 r. jako Opowieści złotych lat, oba tytuły średnio trafione, jako że książka opowiada nie o latach szkolnych, ale o zaledwie jednym semestrze nauki. Wszystkie polskie wydania są w tym samym międzywojennym tłumaczeniu Jadwigi Zawiszy-Krasuckiej. Typowo dla tłumaczeń tamtego okresu wszystkie angielskie imiona zostały spolszczone, a mnie straszliwie zgrzytało czytanie o dziewczętach z kornwalijskiego wybrzeża o wdzięcznych imionach Krysia, Basia, Wisia i Irka... Dla porównania - Wisia w oryginale nosi imię Vera.

Główna bohaterka, dwunastoletnia Janka Barrett, prowadziła życie bardzo nietypowe, nawet jak na angielską panienkę z lat 30. Wychowywana przez ciotkę i wuja, malarzy, wędrowała za nimi po całej Europie w poszukiwaniu malowniczych krajobrazów, rzadko zahaczając o jakiekolwiek szkolne zajęcia. Trochę uczyła ją ciotka, niemniej na tle rówieśniczek edukacja Janki wypadała nader blado.  Kiedy państwo Barrett zdecydowali się osiąść na kilka miesięcy na wybrzeżu Kornwalii, postanowili umieścić dziewczynkę w pobliskiej szkole na choć jeden semestr. Janka wcale nie miała na to ochoty, bo ceniła sobie koczowniczy tryb życia. Na szczęście szkoła Tresco House, zwana "Zieloną Szkółką", okazała się miejscem bardzo przyjemnym. Janka mogła nie tylko uzupełnić swoje liczne braki, ale i zawiązać pierwsze przyjaźnie. A ja mogłam podejrzeć niezwykły (z punktu widzenia wychowanki obecnego systemu edukacji) obrazek angielskiej szkoły, w której oprócz książkowego wykuwania, jest czas na grę w tenisa, spontaniczne szkolne przedstawienia i wycieczki po okolicy. Szkoła liczy sobie kilkadziesiąt wychowanek, dzięki czemu tworzy nastoletni mikrokosmos, pełen typowych dla tego wieku relacji - są wielkie przyjaźnie, są i małe zawiści. Do tego w tle majaczy tajemnica pochodzenia Janki, która naprawdę zaciekawia. A że autorka interesowała się walijską mitologią - motywy walijskich skrzatów i duszków także znalazły miejsce w powieści.

* Brazil, Angela (1925). My Own Schooldays. London: Blackie and Son (za Wikipedią).

wtorek, 26 lipca 2016

Tajemnica Rajskiego Wzgórza - Elizabeth Goudge


Tajemnica Rajskiego Wzgórza (oryg. The Little White Horse) została wydana w Londynie w 1946 r. Polskiego wydania doczekała się dopiero pół wieku później. Nigdy nie osiągnęła w Polsce sławy, jaką cieszyła się w swoim kraju ojczystym. Autorka, Elizabeth Goudge (1900-1984), była w swoim kraju bardzo popularna, napisała mnóstwo powieści dla dzieci i dorosłych które jednak nie doczekały się polskiego przekładu. Za Tajemnicę... otrzymała nagrodę Carnegie Medal. Z ciekawostek - jedna z jej powieści została splagiatowana przez pochodzącą z Indii pisarkę. Książka miała tak dobre recenzje, że wydano ją także w Stanach, wieść o niej doszła do słuchu Goudge i sprawa się wydała. Indyjska autorka, oskarżona o plagiat, zmarła w tajemniczych okolicznościach, prawdopodobnie popełniła samobójstwo.



Ta dramatyczna historia nie ma jednak zupełnie nic wspólnego z wyjątkowo słodką i magiczną fabułą Tajemnicy Rajskiego Wzgórza. Akcja powieści rozgrywa się w 1842 r. Jej bohaterką jest 13-letnia Marynia Merryweather. Osierocona przez ojca, którego zbyt dobrze nie znała (matka zmarła dużo wcześniej), zostaje wraz z guwernantką, panną Heliotrop, i żarłocznym psem Bączkiem zmuszona do opuszczenia Londynu. Wyjeżdża na wieś, do posiadłości swego nieznanego wuja, Benjamina Merryweather. Tu dowiaduje się o dziwnej historii swej rodziny, której członkowie dzielą się na "słonecznych" i "księżycowych", i nad którą ciąży klątwa, sprowadzona przez jednego z przodków. W jej rezultacie cierpią nie tylko członkowie rodziny, którym nie dane jest cieszyć się szczęściem małżeńskim, ale i mieszkańcy pobliskiej wioski, atakowani nieustannie przez wrogich czarnych ludzi. Przeznaczeniem Maryni okazuje się zakończenie konfliktu i przezwyciężenie klątwy.

Wszystko jest bardzo urocze i bajkowe, aż za bardzo, jak dla mnie. Białe jednorożce, dziarskie karzełki, cała plejada zwierzaków o magicznych cechach, przyjaciel ze snów, masa nieszczęśliwych kochanków, których serca uleczy Marynia, oraz nawrócenie gromady zbójców. Jest to jednak powieść dla dziesięciolatków, więc może jestem po prostu za stara. Pamiętam, że czytałam tę książkę w dzieciństwie - tylko raz, ale wówczas spodobała mi się tak bardzo, że jej fragmenty pamiętam do dziś.Warto dodać, że historia jest silnie spleciona z wiarą chrześcijańską (autorka pochodziła z bardzo religijnej rodziny).


Ekranizacje
Ten słabo znany w Polsce klasyk wypłynął na chwilę na światło dzienne po tym jak autorka Harry'ego Pottera J.K. Rowling wspomniała, że ta powieść była w dzieciństwie jej ulubioną i zaczerpnęła z niej inspirację do własnej twórczości ("The author always included details of what her characters were eating and I remember liking that. You may have noticed that I always list the food being eaten at Hogwarts." za Wikipedią).

Kilka lat po tym oświadczeniu książka doczekała się wreszcie ekranizacji, ponad 60 lat po pierwszym wydaniu. Film The Secret of Moonacre zdecydowanie odbiega od pierwowzoru, jest zbyt przesłodzony wizualnie (a już sama książka ma raczej ulepkową słodycz), a naiwny fabularnie i zachwycić może chyba tylko bardzo małych widzów.




W 1994 r. powstał też sześcioodcinkowy miniserial Moonacre, ale w odmętach internetu słuch o nim zaginął (jedyny ślad TUTAJ).

Polskie wydania 
Elizabeth Goudge, Tajemnica Rajskiego Wzgórza, Nasza Księgarnia 1996 (okładka na moim zdjęciu)
Elizabeth Goudge, Tajemnica Rajskiego Wzgórza, Świat Książki 2009 (okładka filmowa)

wtorek, 24 maja 2016

Czas próby - Hester Burton

Kiedy pożyczałam tę książkę z biblioteki, nie wiedziałam o niej zupełnie nic. Nazwiska autorki nigdy wcześniej nie słyszałam, tytuł do oryginalnych nie należy. Szczerze mówiąc, poza retro-okładką i faktem, że książkę wydała Nasza Księgarnia (w 1972 r.), najbardziej zafrapowało mnie to, że ostatnio powieść wypożyczono w 1993 roku. Książka przeleżała na półce, nieczytana, ponad dwadzieścia lat... Potraktowałam to jak wyzwanie ;)

Zdobyłam w ten sposób nie byle jaki okaz, bo - jak się okazało - za "Czas próby" (Time of Trial, 1963) autorka otrzymała Carnegie Medal - nagrodę literacką za książkę dla dzieci i młodzieży, napisaną w języku angielskim i wydaną w Wielkiej Brytanii. Laureatami tej nagrody są m.in. Terry Pratchett, Phillip Pullman, a nawet C.S. Lewis.



Bohaterką książki jest siedemnastoletnia Magaret Pargeter, córka księgarza. Jej ojciec jest człowiekiem o dość rewolucyjnych poglądach, jak na początek XIX wieku, kiedy dzieje się cała historia. Wrażliwy na widoczną w okolicy nędzę, głosi hasło ziemi w rękach angielskiego ludu - uważa, że ziemia powinna należeć do władz parafialnych, a nie właścicieli dużych farm. Czytuje "buntownicze" książki i próbuje je sprzedawać. Margaret ma też brata, Johna, z którym od dziecka się spiera. Chłopak ceni głównie wartości materialne, książek czytać nie lubi, w księgarni jest nieszczęśliwy, chce zostać oficerem.

"Margaret kochała swego ojca; kochała stęchły zapach jego książek; rozumiała cel jego marzeń. Ale tak jak John kochała także przyjemne rzeczy tego świata. Uważała, ze czasem za wiele cierpi się dla zasad. (s. 15)

Margaret kocha się w młodym medyku, Robercie Kerridge'u, który przebywa na stancji u jej ojca (istnieją dalekie powiązania między rodzinami, ale w przeciwieństwie do Margaret, Robert pochodzi z bardzo zamożnej rodziny). Spokojne życie dziewczyny ma się jednak wkrótce zakończyć - wszystko zmienia katastrofa, do której dochodzi w pobliżu księgarni. Wali się jedna z licznych kamienic czynszowych, zaniedbanych do granic możliwości przez bogatych właścicieli, a zamieszkana przez kilka ubogich rodzin. Giną wszyscy poza małym chłopcem, Eliaszem, którego udaje się wyciągnąć z ruin. "Był tak wynędzniały, że nie wyglądał na dziecko, a raczej na podstarzałego elfa" (s. 26)

Ojciec Margaret postanawia wystąpić przeciw kamienicznikom, którzy doprowadzili  do katastrofy. Podobne katastrofy zdarzają się w Londynie dwa razy na rok. I nic się nie robi. Nic się nie robi, ani im zapobiec. Kamienicznicy dalej wyduszają z ludzi czynsz za te mordercze pułapki". (s. 34) "Anglia prowadziła wojnę, walkę z Francją na śmierć i życie. Nędzarze musieli znosić swój los. Bunt był zdradą ojczyzny". (s. 27) Tym samym ojciec Margaret zostaje oskarżony o podżeganie do rewolucji. Dziewczyna traci ojca, a także brata i dach nad głową, zmuszona jest opuścić Londyn. Nadchodzi dla niej czas próby. Jak sobie poradzi?

Trochę Austen, trochę Dickens, trochę szkolna lektura o społeczeństwie klasowym, a trochę... kryminał - miszmasz, ale wart przeczytania. Doskonały obrazek obyczajowy, który pozwala podejrzeć angielską rzeczywistość sprzed 200 lat.
 

wtorek, 29 marca 2016

Tajemniczy Ogród - F.H. Burnett / Powrót do tajemniczego ogrodu - Holly Webb

Dobra literatura dla dzieci to przede wszystkim dobra literatura, adresat jest sprawą drugorzędną. Nie jest pisana "pod dzieci", tak żeby młody czytelnik na pewno wszystko pojął, żeby jakiś temat nie był dla niego zbyt trudny, zbyt traumatyczny, nieodpowiedni, bohaterowie nie są celowo uproszczeni, żeby mały czytelnik nie miał problemu z odczytaniem ich intencji. Dzięki temu młody czytelnik 30+ ma taką samą frajdę z lektury, jak czytelnik dziesięcioletni.
Takie wnioski nasunęły mi się z lektury starego dobrego "Tajemniczego ogrodu" i jego współczesnej kontynuacji, czyli "Powrotu do tajemniczego ogrodu" Holly Webb.


 
Tajemniczy ogród został wydany w 1910 r., najpierw w odcinkach, w roku następnym już jako całość, i przez wiele lat pozostawał w cieniu innych książek F.H. Burnett, przede wszystkim "Małego lorda", uważanego za najważniejsze dzieło pisarki. Pod koniec XX w. nikt nie miał już jednak wątpliwości, że "Tajemniczy ogród" jest obowiązkową pozycją na liście najważniejszych książek dla dzieci.

Opisana w powieści historia małej Mary Lennox rozpoczyna się w indyjskich koloniach, upalnych i gwarnych, żeby przenieść się na opustoszałe yorkshirskie wrzosowiska. Mała Mary zostaje osierocona w dziesiątym roku życia i odesłana z kolonii do domu swego nieznanego wuja w Yorkshire. Jedyne, czego się o nim dowiaduje, to że mieszka on w ogromnym domu o stu zamkniętych pokojach, jest garbaty, niechętny ludziom, odkąd zmarła jego ukochana żona, oraz że na pewno nie będzie się nią zajmował. Inne dziecko pewnie wpadło by w rozpacz, usłyszawszy takie wieści, ale Mary, wiecznie skwaszona, antypatyczna dziewczynka, chce tylko, by zostawiono ją w spokoju - choć odnalezienie się w rzeczywistości, w której wyręczającą ją we wszystkim indyjską nianię zastępuje hoża angielska dziewczyna, która przywykła mówić, co myśli, nie jest wcale proste. Nuda dziecinnego pokoju, całkiem pozbawionego zabawek, skłania ją do wyjścia do ogrodów, zwłaszcza że kryje się tam tajemnica - jeden z nich, piękny, kwiatowy, porośnięty różami ogród zmarłej pani Craven, pozostaje zamknięty od dziesięciu lat. Furtki w murze brak, klucz też dawno ukryto. Kiedy przy pomocy wszędobylskiego rudzika, Mary udaje się odnaleźć ogród, zaczynają dziać się dobre czary - wraz z wiosną, przemiana następuje nie tylko na grządkach, ale także w głowie i sercu Mary oraz w całym domu Cravenów - który zresztą skrywa jeszcze jedną tajemnicę.

Historię tajemniczego ogrodu czytałam wiele razy w dzieciństwie, wróciłam do niej po dwudziestu latach i jestem tak samo zachwycona. Nie zmieniłabym w niej nawet słowa. Czary, które odprawia natura oraz Mary, Dick i Colin, nadal sprawiają, że mam ochotę wybiec z domu i odetchnąć pachnącym wiatrem wrzosowisk, a potem przekopać kilka grządek ;) I mam ochotę wracać do tej historii, jeszcze i jeszcze raz. Z zapałem sięgnęłam więc po kontynuację, napisaną przez Holly Webb, brytyjską autorkę licznych książek dla dzieci. Efekt był dość średni, powieść czyta się letnio, bez bólu, ale i bez zachwytu. Jest to już zdecydowanie literatura dla dzieci, a nie po prostu dobra literatura. Dziesięciolatki powinny być zadowolone, ale dorosły czytelnik dostrzeże wszystkie niedociągnięcia, zwłaszcza zbyt mocne ściąganie z oryginału oraz schematyczność akcji i postaci.
Akcja rozgrywa się trzydzieści lat po pierwowzorze, na początku drugiej wojny światowej. Emmie Rose jest sierotą. Ze względu na bliski wybuch wojny cały sierociniec zostaje ewakuowany do Yorkshire, do wielkiego domu państwa Cravenów. Emmie jest zrozpaczona, bo musi zostawić w Londynie kotkę, którą oswoiła, jedyne stworzenie na świecie, które kocha. Rozpacz początkowo przesłania jej cały świat, ale powoli zaczyna czuć się lepiej w swym nowym miejscu pobytu, zwłaszcza, kiedy odnajduje w szufladzie pamiętniki małej Mary Lennox i trafia do dawnego tajemniczego ogrodu, który wydaje się opustoszały. Czy dobre czary, które w nim drzemią, odmienią także jej los?

W oryginale mamy bohaterów z krwi i kości. Mary, dziecko uroczej, uwielbianej przez wszystkich matki - ale dziecko przez tę matkę niechciane, wychowywane tak, żeby jej nie przeszkadzało, przez ustępującą jej we wszystkim służbę, wyrasta na prawdziwego rozkapryszonego potwora. Nie ustępuje jej kuzyn Colin, mały despota, którego żądania wszyscy muszą spełniać, bo inaczej doprowadza się do histerii, która z kolei wywołuje u niego chorobę. Ale to też w środku małe wystraszone dziecko, przekonane, że ojciec go nie kocha, ona sam niedługo umrze, a jeśli nie to będzie garbaty, co wydaje mu się równie straszne jak śmierć. Pan Craven - zasklepiony w swoim bólu i żałobie, nie dostrzega, że czyni tym nieodwracalną krzywdę synowi. Nie jest złym ojcem, ale - jak pisze Autorka - po prostu wcale nie chce być ojcem. Nawet drugoplanowi bohaterowie nie są zarysowani byle jak. Gospodyni, pani Medlock, nie jest czarnym charakterem (wbrew temu, co zrobiła z nią w ekranizacji Agnieszka Holland), ale kobietą, która nie lubi zajmować się dziećmi i cieszy się, kiedy te nie wchodzą jej w drogę. Lekarz Colina jest zarazem jego wujem, więc odziedziczy majątek Cravenów, jeśli Colin umrze - ale tu też Burnett nie idzie na łatwiznę, czyniąc z niego czarny charakter - doktor Craven majątkiem by nie pogardził, ale jednocześnie nie chce krzywdy chłopca. Itd.

Holly Webb bardzo wyraźnie "ściąga" z pierwowzoru - bohaterka jest w tym samym wieku, także jest sierotą, przez nikogo nielubianą i wiecznie skrzywioną, choć widać, ze ta rzekoma antypatyczność Emmie jest bardzo wysilona. W ogrodzie spotyka starego, brzydkiego, mrukliwego ogrodnika, alter ego Bena Weatherstaffa oraz - oczywiście - rudzika. W domu słychać płacz małego chłopca - w oryginale był to Colin Craven, tu mamy syna Colina, Jacka. "Pamiętniki" Mary Lennox streszczają akcję pierwszej powieści. Bohaterowie są schematyczni, Emmie jest niesympatyczna tylko na pozór, w środku miła i wrażliwa, Jack podobnie, państwo Craven i pani Sowerby są po prostu mili, ogrodnik Dick Sowerby miły, ale skrzywdzony przez życie (rany po pierwszej wojnie), pani Dearlove niemiła i kotów nie lubi... Więcej o tych bohaterach powiedzieć się nie da. Akcja jest dość przewidywalna, a jej największą zaletą jest to, że nie próbuje na siłę doprowadzić do zbyt słodkiego końca - wojna trwa, wszystko jeszcze może się zdarzyć.

W Polsce "Tajemniczy ogród" ukazał się po raz pierwszy w 1914 r. w przekładzie Jadwigi Włodarkiewiczowej i w tym tłumaczeniu był wielokotnie wznawiany (ostatnio ponoć w 2011 r.) Od lat 90. pojawiły się też nowe tłumaczenia: Zofii Siewak-Sojki (1995), Anny Staniewskiej (1995, 1998), Zbigniewa Batko (1998) i Pawła Beręsewicza (2009) (dane wg Wikipedii). Najnowsze wydanie wydawnictwa Znak Emotikon, które czytałam, to przekład Zbigniewa Batko i bardzo mi się on podobał, bo zachował zdrowe proporcje między wersją klasyczną, a współczesnym językiem. Przyznam, że pozostaję sceptyczna co do zbytniego uwspółcześniania języka klasyków, żeby był "zrozumiały" dla współczesnego odbiorcy. Jak wszystkie wydania z tej serii Znaku, obie ogrodowe części są bardzo porządnie wydane, w twardej oprawie, na kremowym papierze, dopracowane edytorsko i jedyne zastrzeżenie, jakie mogłabym mieć, to brak obrazków.

Jeśli komuś zależy na obrazkach, to ukazały się dwie ciekawe wersje ilustrowane, oba w starym przekładzie Włodarkiewiczowej - z ilustracjami Roberta Ingpena  oraz z ilustracjami Ingi Moore.





Powieść była wielokrotnie ekranizowana, a najciekawszą filmową wersję wyreżyserowała Agnieszka Holland w 1993 r.

Powstała także ekranizacja-kontynuacja, zatytułowana "Powrót do tajemniczego ogrodu" (Back to Secret Garden, 2001), której akcja dzieje się po drugiej wojnie światowej i nie ma nic wspólnego z kontynuacją książkową Holly Webb.
Dla porządku odnotowuję też, że powstała książkowa kontynuacja Susan Moody, także o tytule "Powrót do tajemniczego ogrodu", która opowiada dalsze losy Mary, Colina i Dicka w czasie pierwszej wojny światowej, a w Polsce została wydana przez Wydawnicwto Prószyński i ska.

F.H. Burnett, Tajemniczy ogród, tłum. Zbigniew Batko, Znak Emotikon, Kraków 2016
Holly Webb, Powrót do tajemniczego ogrodu, tłum. Aleksandra Czyżewska-Felczak, Znak Emotikon, Kraków 2016


środa, 9 marca 2016

Więzień na zamku Zenda - Anthony Hope


Nie mogę pojąć, czemu "Więzień na zamku Zenda" został wydany w Polsce tylko raz, prawie trzydzieści lat temu i to w paskudnej oprawie i tycim formacie. Czy to jakiś podstęp mający na celu zniechęcenie czytelników do sięgnięcia po tę absolutnie rewelacyjną powieść awanturniczą z końca XIX wieku? Apeluję - ruszajcie do bibliotek albo przeszperajcie allegro, bo to po prostu trzeba przeczytać.


Przez pierwsze kilka rozdziałów nastawiona byłam bardzo sceptycznie do fabuły opartej na jednym z bardziej wyświechtanych pomysłów - czyli na podmianie sobowtórów. Potem przestałam być sceptyczna, bo nie mogłam się oderwać od czytania.

Pewien rudowłosy angielski gentleman, Rudolf Rassendyll, wyjeżdża do Rurytanii, by obejrzeć koronację nowego - tradycyjnie rudego - króla. Oczywiście, Rudolf okaże się niemal bliźniaczo podobny do następcy tronu i w wyniku poważnej awantury zajmie jego miejsce, przy okazji zdobywając serce królewskiej kuzynki Flawii, z pełną świadomością, że ani nie może zachować korony, ani poślubić ukochanej, bo honor nakazuje mu przywrócić na tron prawowitego władcę.

Co to za awantura? Otóż, król ma rywala, przyrodniego brata, zwanego Czarnym Michałem, który zazdrości mu tronu i przyszłej królowej, pięknej Flawii. W wyniku podstępu więzi potajemnie przyszłego króla i ma nadzieję sam zostać koronowany, ale wówczas okazuje się, że rzekomy "król" jednak się na koronacji zjawia. Tylko sami Rudolf i Michał, oraz ich najbardziej zaufani ludzie, wiedzą, że "król" jest fałszywy. Ale - Michał nie może ujawnić, ze na tronie jest uzurpator, bo musiałby przyznać się do uwięzienia prawdziwego króla. Nie może zabić króla, bo wtedy Rudolf zostałby na zawsze na tronie. Nie może zabić otwarcie Rudolfa, bo nie może wystąpić jawnie przeciwko rzekomemu bratu. Z kolei Rudolf także nie może zaatakować "brata", nie może też najechać zamku Zenda, bo wie, że wtedy Michał zabije więzionego tam króla. Sytuacja wydaje się nie mieć wyjścia. Według posłowia tłumacza, Roberta Stillera, autor przeżył w tym momencie pisania powieści załamanie, bo uznał, że sam nie jest w stanie wyplątać się z wymyślonego przez siebie impasu. Jednak mu się udało, a każda strona owego wyplątywania się jest warta przeczytania.

Prawnik Anthony Hope jest właściwie autorem jednej powieści (wyd. 1894 r.), choć napisał ich wiele. Żadna inna jednak nie dorównała "Więźniowi...", po którym uznano go za nowego Dumasa. Powstała co prawda druga część pt. Rupert von Hentzau (1898 r.), ale była dużo słabsza, nigdy też nie została przetłumaczona na polski.

Na podstawie powieści powstało kilka filmów, ostatni z nich w 1979 r. z Peterem Sellersem w roli głównej.

Anthony Hope, Więzień za zamku Zenda, tłum. Robert Stiller, Wydawnictwo "Śląsk", Katowice 1989

piątek, 12 lutego 2016

Mała księżniczka - F.H. Burnett

Po wielu latach wróciłam do jednej z najbardziej ukochanych lektur mojego dzieciństwa - historii uroczej małej Sary Crewe, oddanej przez kochającego ojca na londyńską pensję, otoczonej zbytkiem, rozpieszczanej (ale nigdy rozpieszczonej), bystrej, fascynującej, żyjącej w magicznym świecie bogatej dziecięcej wyobraźni. Biednej małej Sary, która wraz z utratą ojca i majątku straciła także swoją pozycję, ale nigdy dumę, a którą w tej samej wyobraźni znalazła schronienie przed najgłębszą rozpaczą. Dzielnej małej "księżniczki", zmuszonej do pracy ponad siły przez wyrachowaną przełożoną pensji, ale znajdującej w sobie jeszcze chęć pomocy innym.

Zachwycałam się równie mocno, ale nie tak samo. W dzieciństwie podziwiałam Sarę, jej niezłomną postawę, siłę ducha, współczułam jej, ale wierzyłam, że da sobie radę. Czytając teraz, kiedy jestem już matką, widziałam tylko małą, przerażoną dziewczynkę, głodzoną, poniewieraną, pozbawioną perspektyw na jakąkolwiek zmianę i - wstyd przyznać - płakałam nad lekturą jak bóbr... Przy całej bajkowości tej historii (ach, kopalnie diamentów i cudowne zrządzenia losu), postać Sary nadal wydaje mi się bardzo wiarygodna.

"Mała księżniczka" nie była od razu książką -  Frances Hodgson Burnett napisała opowieść, którą publikowano w odcinkach w gazecie, w latach 1887-1888, pod tytułem Sara Crewe: or, What Happened at Miss Minchin's. Dopiero w 1905 r. została uzupełniona przez Autorkę i wydana w postaci książkowej jako A Little Princess: Being the Whole Story of Sara Crewe Now Being Told for the First Time. Pierwsze polskie wydanie ukazało się w 1913 r.,a  zatytułowane było Co się stało na pensyi.

W zalewie niesłychanie kiczowatych okładek "Małej księżniczki" (naprawdę, co ta Burnett ludziom zrobiła, że tak paskudnie wydają biedną Sarę Crewe) wyróżniają się dwie. Pierwsza to piękna stara wersja z ilustracjami Antoniego Uniechowskiego, którą pamiętam ze swojego dzieciństwa i nawet mam jeszcze gdzieś upchany kompletnie sczytany egzemplarz, a którą szczęśliwie wznowiło Wydawnictwo Dwie Siostry w mojej ulubionej serii Mistrzowie Ilustracji.



Druga to proste wydanie z kolekcji Romantycznej Egmontu, dla doroślejszego czytelnika - bez ilustracji, ale za to z urokliwym roślinnym motywem przewijającym się na pierwszych stronach rozdziałów oraz pięknym wzorem na wewnętrznej stronie okładki (bardzo lubię takie szczegóły).


"Mała księżniczka" była wielokrotnie przenoszona na ekran, niestety filmowcy daleko odchodzili od pierwowzoru. Godne uwagi są dwie wersje filmowe: z 1939 r. z Shirley Temple w roli Sary i z 1995 r. w reżyserii Alfonso Cuarona - bardzo przyjemnie się je ogląda, choć twórcy wykorzystali tylko fragmenty oryginału. Najwierniejszą adaptacją jest chyba japoński serial animowany z 1985 r. oraz rosyjski film z 1997 r. 

niedziela, 25 października 2015

Czarownice - Roald Dahl

Nie jest łatwo rozpoznać prawdziwą wiedźmę. Prawdziwe wiedźmy noszą zwyczajne ubrania i do złudzenia przypominają zwyczajne kobiety. Mieszkają w zwyczajnych domach i zwyczajnie pracują*.
A dobrze byłoby jednak umieć je rozpoznawać, bo stanowią śmiertelne zagrożenie dla dzieci. Szanująca się wiedźma powinna upolować przynajmniej jedno dziecko tygodniowo. Inaczej ma chandrę.

Na szczęście ośmioletni bohater powieści ma bardzo mądrą babcię, emerytowanego wiedźmologa, w dodatku pochodzącą z Norwegii, a Norwegowie wiedzą o czarownicach bardzo dużo, bo pochodzą one właśnie z mrocznych lasów i gór Norwegii. Uczy więc wnuka, po czym można odróżnić wiedźmę od zwykłej kobiety. Po pierwsze, wiedźmy zawsze noszą rękawiczki, nigdy ich nie zdejmują, tylko do spania, bo nie mają paznokci, tylko zakrzywione kocie pazury, co rzecz jasna, muszą ukrywać. Po drugie, są łyse jak kolano i muszą nosić peruki, a przez to okropnie swędzą je głowy i ciągle muszą się drapać. Mają też większe dziurki od nosa, dzięki czemu ich węch jest lepszy - rozpoznają dzieci właśnie węchem, nawet w bezksiężycową noc potrafią wyczuć dziecko po drugiej stronie ulicy. Warto pamiętać, że czarownicom wydaje się, że dzieci cuchną, im czystsze, tym bardziej, więc lepiej by dzieci nie kąpały się za często. Najzupełniej wystarczy raz na miesiąc. Oczy czarownic też wyglądają inaczej, a w środku źrenicy widać płomyki ognia i lśniące sople lodu...Ich ślina jest granatowa. No i nie mają palców u stóp, ich stopy są tępo zakończone, kwadratowe w kształcie, a że upychają je w spiczaste pantofelki, to trochę kuleją.
Całe szczęście, że chłopczyk mógł się tego dowiedzieć, bo na swojej drodze miał spotkać nie jedną wiedźmę, lecz wszystkie czarownice Anglii, z Arcywiedźmą na czele! Konsekwencje takiego spotkania nie mogą być miłe, o nie... Ale jeśli chcecie wiedzieć, co z niego wynikło, musicie przeczytać "Czarownice" Roalda Dahla.


W trakcie czytania zaczęłam cierpieć na syndrom Czerwonego Kapturka. Dzieci bez mrugnięcia okiem czytają bajkę o Czerwony Kapturku, w której wilk pożera dziewczynkę i jej babcię, a potem myśliwy rozcina mu brzuch. A potem dorastają, mają własne dzieci, i dochodzą do wniosku, że takim małym słodkim istotkom nie można czytać takich okrutnych rzeczy, więc wymyślają wersję,w której wilk jest miłym psiakiem, a na końcu wszyscy padają sobie w objęcia. Czytając "Czarownice", też zaczęłam mieć wrażenie, że jest zbyt dosłowna dla maluchów, zbyt straszna - po czym przypomniałam sobie, że jako dziecko uwielbiałam ekranizację "Czarownic" w której Arcywiedźma (w tej roli Anjelica Huston) wygląda tak:


I nic a nic się nie bałam. No, dobra, może trochę się bałam, ale w tym była cała frajda. Powstrzymałam więc atak myślenia jak rodzic - książka jest doskonała, jak wszystkie powieści Dahla, a czarownice opisane jak żywe ;)

Książka Roalda Dahla "The Witches" została wydana w Londynie w 1983 r. W Polsce pojawiły się dwa przekłady - "Czarownice" Tomasza Wyżyńskiego, wyd. PRIMA (1997 r.) i "Wiedźmy" Jerzego Łozińskiego, wyd. Zys i ska (2003 r.). Niech Was nie zwiodą różne tytuły, to dokładnie ta sama powieść.  Jeszcze przed polskimi przekładami, bo w 1990 r., na ekrany kin weszła ekranizacja z Anjelicą Huston i Rowanem Atkinsonem, świetna, choć nie do końca wierna. Ale prawdziwe zakończenie książki nie mogłoby się chyba nigdy pojawić w amerykańskim filmie familijnym, bo tam happy end musi być...


Roald Dahl, Czarownice, Wyd. PRIMA 1997 (tłum. Tomasz Wyżyński)

*Wszystkie fragmenty pisane kursywą to cytaty z książki.

piątek, 3 kwietnia 2015

"Jedną rzecz musisz sobie rozważyć: czy masz zamiar być bohaterem tej przygody, czy też nie" (Czarodziejskie miasto - Edith Nesbit)

Edith Nesbit to jedna z najbardziej znanych angielskich pisarek dla dzieci, uważana za przedstawicielkę brytyjskiego "złotego wieku powieści dla dzieci". Tworzyła głównie literaturę fantastyczną, osadzając magiczne stworki i amulety w realiach współczesnej sobie Wielkiej Brytanii początku XX wieku. Akurat moja ukochana książka tej Autorki jest zupełnie realistyczna (nosi tytuł "Przygoda przyjeżdża pociągiem" i kiedyś na pewno o niej napiszę). Tym razem znalazłam się jednak na całkiem przeciwległym biegunie, bo wyszperana w bibliotece powieść Czarodziejskie miasto, której w dzieciństwie nie miałam okazji czytać, jest na wskroś fantastyczna - rzeczywistego świata bardzo tu malutko.

Dziesięcioletni Filip Haldane wiedzie szczęśliwy żywot pod opieką swojej dużo starszej przyrodniej siostry Heleny - kocha ją nad życie, zmarłych rodziców nie pamięta, żadnych zmian nie pragnie. Pewnego dnia okazuje się jednak, że Helena zaręcza się z ukochanym z młodości, mężczyzną niedawno owdowiałym. Po ślubie wraz z Filipem wprowadza się do jego wielkiego domu i odjeżdża z małżonkiem w podróż poślubną. Głęboko nieszczęśliwy Filip zraża do siebie całą służbę, a także przychylnie usposobioną córkę pana domu, Lucy. Bawiąc się samotnie, buduje ze wszystkich dostępnych zabawek i przedmiotów ogromne miasto. Na skutek czarów trafia do tego miasta, a za nim wędruje tam Lucy. Dwoje dzieci będzie miało okazję przeżyć wiele przygód i zjeść razem beczkę soli, zanim - rzecz jasna - nawiąże się między nimi trwała nić sympatii.

Nie wiem, jak odebrałabym tę książkę ćwierć wieku temu, ale kiedy czytałam ją teraz czułam się raczej znudzona - nie brakiem akcji, ale jej nadmiarem. Miasto jest nader skomplikowane i bardzo szczegółowo opisane, stosunki między mieszkańcami są bardzo wymyślne, dzieci wędrują także poza granicami miasta, czarodziejski świat się rozrasta, nieustannie pojawiają się nowi bohaterowie, końca nie widać. Autorka ma mnóstwo pomysłów i niestety nieznośną dla mnie chęć, by znajdować dla nich racjonalne uzasadnienie (moim zdaniem świat magiczny jest magiczny i nie ma co doszukiwać się dla każdego drobiazgu jakiegoś rozsądnego wyjaśnienia). Nie jest to zła książka, raz że Nesbit złych nie pisała ;), a dwa - niektórzy uważają ją nawet za najlepszą, więc może po prostu jestem już stara i nudna... Ale myślę, że młodzi czytelnicy znajdą w niej więcej przyjemności niż ja.

Powieść wydała w Polsce Nasza Księgarnia w 1973 r., w doskonałym przekładzie Ireny Tuwim i Juliana Stawińskiego, z ilustracjami Jana Marcina Szancera. Wspaniały ilustrator zmarł w roku wydania książki, czyżby to jego ostatnie ilustracje? Możecie je podejrzeć na świetnym blogu To dla pamięci. W 2002 r. została wznowiona przez wydawnictwo Zielona Sowa.

Edith Nesbit, Czarodziejskie miasto, Nasza Księgarnia 1973.
Cytat w tytule s. 90.

czwartek, 19 lutego 2015

Gałka od łóżka - Mary Norton

Zachwycona pierwszym tomem Pożyczalskich popędziłam do biblioteki po debiut Mary Norton, czyli "Gałkę od łóżka". Mówiąc ściśle, jest to wydane w jednej książce tłumaczenie obu tomów o zaczarowanej gałce od łóżka - The Magic Bed Knob (1943) i Bonfires and Broomsticks (1945) (angielski tytuł wydania zbiorowego to Bed-Knob and Broomstick (1957)). Nie tylko treść, ale i polskie wydanie jest już klasykiem - w tłumaczeniu Ireny Tuwim, ilustrowane wspaniale przez Jana Marcina Szancera. Szczęśliwie się złożyło, że powieść postanowiło wznowić Wydawnictwo Dwie Siostry w serii Mistrzowie Ilustracji (w 2011 r.), dzięki czemu urok pierwszego wydania polskiego został zachowany w całości.



Jak wiadomo, większość fantastycznych przygód przydarza się dzieciom z dala od rodziców, przynajmniej  w powieściach. Pewnego lata trójka rodzeństwa, Kasia, Karolek i Pawełek, została wysłana na wieś do ciotki. Wakacje zapowiadały się niezbyt ciekawie - przynajmniej dopóki Pawełek nie zauważył sąsiadki, panny Price, latającej na miotle. Panna Eglantyna Price, początkująca czarownica, ofiarowała dzieciom zaczarowaną gałkę od łóżka - wystarczyło ją przekręcić, a łóżko przenosiło się w dowolnie wybrane miejsce. Idealna rzecz, żeby natychmiast wpakować się w kłopoty... ale i przeżyć mrożącą krew w żyłach przygodę.
W drugiej części książki (pierwotnie - w drugim jej tomie) dzieci powracają na wieś, tym razem do domu panny Price, która zarzuciła naukę czarów. I tym razem jednak podróż zaczarowanym łóżkiem nie ominie bohaterów. Przenoszą się w przeszłość - w środek pełnego zabobonów XVII-wiecznego Londynu, gdzie spotykają czarownika Emeliusza. I trudno powiedzieć, czy go ratują, czy wprost przeciwnie...

Świetna lektura, która specjalnie się nie zestarzała i doskonal nadaje się na półkę w dziecięcym pokoju, tuż obok serii o Mary Poppins i powieści Edith Nesbit.

"Gałka od łóżka" została wydana także w 1998 r. przez wydawnictwo Prószyński i S-ka.



W 1971 r. książka została sfilmowana przez studio Walta Disneya, a film ów nie ma absolutnie nic wspólnego z powieściowym pierwowzorem. Mimo tego oceniany jest jako udany i bywa porównywany z adaptacją Mary Poppins (równie odległą od oryginalnej powieści zresztą).


niedziela, 15 lutego 2015

Dziedziczka z Blenheim - Geraldine Mockler

Geraldine Mockler to brytyjska autorka powieści dla dziewcząt, tworząca na przełomie XIX i XX wieku, całkiem zapomniana nawet we własnym kraju. W Polsce ukazała się tylko jedna jej książka - "Dziedziczka z Blenheim" (oryginalny tytuł to "Cousin Betty") - wydana w 1996 r. w serii Naszej Księgarni "O dziewczynach dla dziewczyn".

"Dziedziczka z Blenheim" to urocza ramotka, staroświecka powiastka o tym jak dobre dziewczęce serce potrafi przezwyciężyć cudze uprzedzenia. Nic wielkiego, nic co warto znać, po prostu sympatyczna, nieskomplikowana historia, która pozwala przyjemnie spędzić jeden krótki wieczór (książka ma zaledwie około 180 stron).


Trzy siostry, Delia, Katarzyna i Klaudia, osierocone we wczesnym dzieciństwie, zostały przygarnięte przez daleką i bardzo bogatą kuzynkę Annę. Wychowane w zbytku, przyzwyczajone do stylu życia klasy wyższej, zostają - po nagłej śmierci swej dobrodziejki - niemalże wyrzucone z salonów na bruk. Kuzynka Anna nie spisała testamentu,  więc cały jej majątek przeszedł na ręce jej bratanicy Elżbiety, której kobieta nawet nie znała (jej brat został wydziedziczony i zerwał więzi z rodziną).
Siostry zmuszone były opuścić swą dotychczasową rezydencję, przenieść się do maleńkiego domku, daleko na odludziu i utrzymywać się z bardzo skromnego rocznego dochodu. Dumna Delia stanowczo odrzuciła propozycje Elżbiety (przekazywane przez prawnika), gotowej pomóc nieznanym krewniaczkom. Nie wiedziała jednak, na co stać kuzynkę Betty.
Wcześnie osierocona Betty, wychowywana przez dwie oschłe stare panny, postanowiła wreszcie spełnić swoje marzenie - którym nie było wcale zdobycie majątku (do tej pory żadnego nie miała), lecz rodziny. Pod przybranym nazwiskiem udała się do miasteczka, w którym zamieszkały dziewczęta, gotowa skruszyć serca zawziętych sióstr.

Jest ciepło, miło, miejscami zabawnie i wszystko kończy się dobre. Rozgrzewająca lektura na zimę.



czwartek, 15 stycznia 2015

"Pożyczanie to zajęcie wymagające dużych umiejętności, to prawie sztuka" (Mary Norton, Kłopoty rodu Pożyczalskich)

Ominęła mnie w dzieciństwie Mary Norton - wielka szkoda. Za to pierwszy tom, który kupiłam przyszłościowo dla córki (skuszona ilustracjami Emilii Dziubak, którą wielbię), połknęłam w jeden dzień i jestem zachwycona. Rzadko zdarzają się powieści dla małych czytelników, które dorosły może czytać bez odrobiny taryfy ulgowej, "no bo to przecież jest dla dzieci, więc ciut uproszczeń, trochę naciągania można zrozumieć". Ale się zdarzają, a to właśnie przykład. Nie dość, że nie musiałam przymykać oka, to jeszcze natrafiałam na smaczki dla dorosłych, choćby - nazwijmy to - efekt kieliszka madery ;) Dawno nie byłam taka uszczęśliwiona, jak wtedy, kiedy się zorientowałam, że pisarka stworzyła kolejne cztery tomy o Pożyczalskich. Mam nadzieję, że wszystkie są równie dobre.

A o czym jest książka? O pewnym domu.
To był idealny dom dla Pożyczalskich, pełen skrytek, w których można się schować, i nieużywanych drobiazgów, które można łatwo pożyczyć, ale z niewielką liczbą mieszkańców: tylko stara ciotka Zofia, która prawie nie ruszała się z łóżka, jej służąca Dorota i ogrodnik Felicjan. No i nie było w nim kota. Co prawda Pożyczalskich też tu było niewielu - z licznej populacji została tylko jedna rodzina: Strączek i Dominika Zegarkiewiczowie oraz ich córka Arietta. Maleńcy ludzie, ot kilkanaście centymetrów wzrostu, żyjący z tego, co udało im się - jak to nazywali - pożyczyć od dużych ludzi. Oczywiście musieli przy tym zachowywać ostrożność, bo choć duzi ludzie byli z pewnością stworzeni tylko po to, by zapewniać dobra Pożyczalskim, to jednak mieli nieprzyjemny zwyczaj uznawania dostrzeżonych ludzików za szczury i sprowadzania kotów oraz szczurołapów.

Pożyczalscy wiedli przyjemne i wygodne życie w swoim mieszkanku pod podłogą domu - choć dość samotne, co ciążyło głównie 13-letniej Arietcie, wyrywającej się na świat zewnętrzny, wbrew swojej bardzo zachowawczej matce. Dominika prowadziła dom, Strączek wyprawiał się na pożyczalskie łowy, a Arietta pisała dziennik i marzyła o innym życiu. Tak to wyglądało do czasu, kiedy w domu zamieszkał Chłopiec, który okazał się dla małych ludzi dobroczyńcą i przekleństwem zarazem.




Mary Norton, angielska aktorka teatralna, zaczęła pisać książki dopiero kiedy na świat przyszły jej dzieci. Zadebiutowała powieścią dla dzieci "Gałka od łóżka" (The Magic Bed Knob; or, How to Become a Witch in Ten Easy Lessons) w 1943 r., dwa lata później wydała jej drugi tom. Dopiero w 1952 r. ukazał się pierwszy z pięciu tomów Pożyczalskich "Kłopoty rodu Pożyczalskich" (The Borrowers), za który otrzymała The Carnegie Medal, angielską nagrodę literacką za książkę dla dzieci lub młodzieży.

W Polsce "Kłopoty rodu Pożyczalskich" ukazały się po raz pierwszy w 1961 r. w Naszej Księgarni, a po niej kolejne cztery tomy, wszystkie w równie paskudnych okładkach, jak ta obok. Kolejne wydanie było już wizualnie przyjemniejsze - w serii Klasyka Dziecięca wydawnictwa Prószyński i ska. Ostatnie wydanie to moim zdanie wizualne cacko - doskonały papier, skład, ilustracje oprawa - brawa należą się Wydawnictwu Dwie Siostry.

Wszystkie wydania opierały się na tłumaczeniu Marii Wisłowskiej, bardzo dobrym, choć dziwne rzeczy dzieją się w nim z imionami bohaterów. Arietty pozostaje na szczęście Ariettą, ale jej ojciec Pod jest Strączkiem, a jego żona Homily - Dominiką (rozumiem odniesienie się do słowa "home", ale i tak polskie imię dziwnie nie współgra ze Strączkiem). Dalej mamy wujka Henryka - w oryginale Hendreary, i jego żonę Lucy (angielskie imię, a w oryginale w ogóle Lupy) i ich córkę Eggletinę, wcale nietłumaczoną. Dla przeciętnego czytelnika to pewnie nie ma znaczenia, ale ja się akurat lubię czepić niejednolitego przekładu imion ;)


Powieść była wielokrotnie ekranizowana, ale jedyna warta obejrzenia wersja to japońska animacja z 2010 r. pt."Tajemniczy świat Arietty", wyprodukowany przez Studio Ghibli.


Poza tym istnieje dość wierna ekranizacja z 1973 r., która bardzo się już zestarzała wizualnie, dwa sezony miniserialu BBC z 1992 r., uwspółcześniona amerykańska adaptacja z 1997 r., w której małych Pożyczalskich gania po całym domu agent nieruchomości (sic!) i również uwspółcześniona adaptacja BBC z 2011 r. w klimatach świątecznych.